Określenie "jezioro tektoniczne w Malawi" posiada 1 hasło. Znaleziono dodatkowo 3 hasła z powiązanych określeń. Inne określenia o tym samym znaczeniu to jezioro w Malawi; Malawi; jezioro w Afryce, Malawi; Malawi w Malawi; wielkie jezioro afrykańskie, znane także jako Malawi; jezioro w Afryce; jezioro w Afryce; jezioro w Afryce; inna nazwa afrykańskiego jeziora Malawi; duże jezioro w
Tanganika i Niasa to ogromne jeziora tektoniczne. Położone są w Afryce Wschodniej, w strefie ryftu wschodnioafrykańskiego. Tanganika rozciąga się na terytorium czterech krajów: Zambii, Demokratycznej Republiki Konga, Burundi i Tanzanii. Jest to drugie najgłębsze jezioro na naszej planecie.
Niektóre rzeki nie docierają do morza, tracąc wodę w wyniku parowania. We wschodniej części strefy okołorównikowej Afryki znajdują się rozległe jeziora. Jezioro Wiktorii (wi) (63 000 km 2) jest trzecim pod względem powierzchni jeziorem na świecie i pierwszym w Afryce. Drugim pod względem wielkości i głębokości jeziorem na
Tak jak Ty, lubimy grać w grę WOW Guru. Dziękuję ci bardzo za to! Ta prosta strona zawiera dla ciebie WOW Guru Wyspa w Azji Południowo-Wschodniej odpowiedzi, rozwiązania, solucje, przekazywanie wszystkich słów. Ta gra została stworzona przez zespół Fugo Games, który stworzył wiele wspaniałych gier na Androida i iOS.
rzeka w południowo-wschodniej Francji ★★★ TIMOR: wyspa w południowo-wschodniej Azji ★★★ BATMAN: miasto w południowo-wschodniej Turcji ★★★★★ galapagos1234: CASHEL: miasto w południowo - wschodniej Irlandii ★★★★★ jerycho838: EFORIE: miasto w południowo-wschodniej Rumunii ★★★★★ mariola1958: GRANDE
penghitungan harga jual produk kerajinan untuk pasar lokal. Australia pomiędzy Sydney i Adelaide, różni się od standardowego wizerunku, który często mamy przed oczyma. W tej części przeważa krajobraz lasów, gór, słonych jezior, pięknego wybrzeża a nawet lasów deszczowych. Południowo wschodni kraniec Australii to mekka dla miłośników przyrody, gdzie w tutejszych parkach narodowych nie brakuje rodzimej flory i fauny. Blue Mountains National Park Park Narodowy Gór Błękitnych leży niedaleko Sydney i pewnie z tego powodu jest jednym z najczęściej odwiedzanych parków Australii. Wpisany na listę UNESCO rezerwat, porośnięty jest lasami eukaliptusowymi, nad którymi unosi się niebieskawa mgła. Park jest ogromnym płaskowyżem ze spektakularnymi klifami, wąwozami i wodospadami. Najsłynniejsza formacja skalna o pieszczotliwej nazwie „trzy siostry”, według legendy Aborygenów, to siostry Gunnedo, Meenhi i Weemala, które za flirtowanie z trzema zalotnikami, zostały zamienione przez ojca w skały. Park jest nie tylko idealnym miejscem dla miłośników pieszych wycieczek i sportów ekstremalnych jak np. wspinaczkę skał, okolica również nadaje się na zwiedzanie rowerem. ♦ Szlaki do przejścia: de Three Sisters Walk, de Cliff Top Walking Track, Grand Canyon Track. ♦ Punkty widokowe: Govetts Leap Lookout, de Gordon Falls Lookout, Pulpit Rock. ♦ Szlaki rowerowe: Burramoko Ridge (Hanging Rock) cycle trail, Narrow Neck Mt. Kościuszko National Park Chcesz zdobyć najwyższą górę Australii: Mt. Kościuszko, musisz tu przyjechać. W parku jest wiele szlaków wędrownych, z których rozciągają się piękne, górskie widoki. Jeśli szukasz więcej przygód, możesz pojeździć górskim rowerem, wspiąć się po skałach lub nawet zwiedzić jaskinie. Zimą, w Thredbo lub Perisher, istnieje możliwość jazdy na nartach. Wilsons Promontory National Park Park leży na południowym krańcu Australii. Wilsons Promontory to obszar gęstych lasów deszczowych, opuszczonych plaż i dużej ilości dzikich zwierząt. To idealne miejsce z dala od miast, świetnie nadające sie na aktywny wypoczynek. W parku znajduje się kilka szlaków turystycznych o łącznej długości ponad 80 kilometrów. ♦ Najbardziej popularny szlak to wspinaczka na Mt. Oberon, skąd możesz podziwiać spektakularne widoki na zatokę Waratah. ♦ W parku jest również możliwość uprawiania sportów wodnych: pływanie, snorkeling i surfing. ♦ Jedną z plaż, która mogę polecić jest Squeaky Beach, która swą nazwę zawdzięcza skrzypiącemu piaskowi. Grampians National Park Grampians znajduje się na południowym zachodzie stanu Wiktorii i choć jest prawdziwym rajem dla alpinistów, często odwiedzany jest przez fanów górskich krajobrazów i zainteresowanych sztuką rysunków naskalnych. Oprócz aktywnego wypoczynku, możesz tu również zobaczyć unikalne malowidła Aborygenów lub ochłodzić się w MacKenzie Falls. Dla poszukiwaczy ekstremalnych przygód, istnieje możliwość wspinaczki wysokogórskiej, spływu kajakowego i nocne safari w tutejszych lasach. ♦ Szlaki do przejścia: Pinnacle trail, Grampians Peak trail, Wonderland Loop walk, Mac Kenzie Falls. ♦ Punkty widokowe: Boroka lookout, Already Lookout, Balconies ♦ Warto też zajrzeć do jednej z lokalnych restauracji, gdzie nie brakuje regionalnych potraw. Mungo National Park Park pomimo tego, że wpisany jest na listę UNESCO jest rzadko odwiedzany. Mungo leży dosłownie w szczerym polu, około 110 km od Mildury. Prowadzi do niego droga gruntowa, która podczas ulewnego deszczu, może być nieprzejezdna. W samym centrum parku leży wyschnięte, słone jezioro Mungo, które jest szczególne ze względu na szczątki ludzkie, znalezione tu w 1969 roku. Mungo Lady i Mungo Man, tak nazwano te znaleziska, mogły mieć nawet lat. Główną atrakcję parku jest Walls of China. Ogromna wydma o długości 33 km, skąd rozciąga się rozległy widok na okolice. ♦ Najlepsza pora odwiedzin, przy zachodzie słońca, kiedy formacje piaskowe przybierają piękną, czerwoną barwę. ♦ W drodze do parku, prawdopodobieństwo zobaczenia emu, wallaba czy kangura, jest duże. Flinders Rangers National Park Flinders Rangers często jest nazywany bramą do „czerwonego serca” Australii, co wcale nie dziwi. Jedyna prosta droga do rezerwatu, biegnie przez opuszczone, pustynne równiny. Krajobraz parku dominują czerwone klify, wyróżniające się intensywnymi kolorami i ogromny „amfiteatr” Wilpena Pound. Surowy krajobraz Flindersa skrywa w sobie ślady Aborygenów i jest jedynym miejscem, gdzie możesz spotkać żółtonogie kangury wallaby. Park świetnie nadaje się na piesze wędrówki. Przyjemne temperatury panują tu od maja do grudnia. ♦ Polecam wycieczkę z tutejszym rangerem, zwiedzisz okolicę niedostępną dla turystów. ♦ Możliwy jest również widokowy przelot nad Wilpena Pound, widoki zapierają dech w piersiach. Może znacie inne miejsca, które warto polecić w tej części Australii?
Mówi się, że Azja Południowo-Wschodnia to idealne miejsce, by rozpocząć przygodę z podróżowaniem z plecakiem na własną rękę. Dlaczego akurat ta część świata? Przedstawiam 10 powodów, dla których warto odwiedzić Tajlandię, Kambodżę, Wietnam oraz Laos. Wielka Pętla Azji Południowo-Wschodniej Jedzenie Azjatycki street food jest jednym z mocnych argumentów za odwiedzeniem tej części świata. Mnogość dań przyrządzanych w oka mgnieniu przez ulicznych sprzedawców, często specjalizujących się w jednym daniu od lat, to prawdziwa gratka dla kulinarnych podróżników. Niewielkie odległości między krajami sprawiają, że można doświadczyć różnych tradycji kulinarnych oraz poznać ich wzajemne przenikanie się. Kulinarna podróż powinna obejmować Bangkok oraz Hanoi. Warto również rozważyć udział w warsztatach kulinarnych. Dowiedz się, co zjeść w Tajlandii, Wietnamie, Kambodży, na wyspie Penang. (ARTYKUŁY O JEDZENIU POJAWIĄ SIĘ WKRÓTCE! Polub bloga na FB i bądź na bieżąco!) Pad Thai w Bangkoku Jest tanio Co prawda znajdą się tacy, którzy powiedzą, że Tajlandia nie jest już tak tania jak kiedyś, niemniej jednak trzeba przyznać, że ceny noclegów, jedzenia oraz wielu atrakcji nadal są bardzo atrakcyjne. Wielką Pętlę przez Tajlandię, Laos, Wietnam i Kambodżę można zrobić, wydając na miejscu 100 zł za osobę na dzień. To dużo mniej niż podczas wakacji nad Bałtykiem 😉 Dwudniowy rejs po Mekongu za niecałe 100 złotych! Łatwa logistyka Logistyka podróżowania przez te kraje jest łatwa. Istnieją oficjalne ceny za przejazd czy atrakcje. O wiele rzadziej spotkaliśmy się z próbami naciągania niż w Ameryce Środkowej, Południowej czy Afryce. W wielu miejscach znajomość języka angielskiego jest na przyzwoitym poziomie, w innych wystarczy, żeby zorganizować najważniejsze elementy podróżniczej układanki – nocleg, jedzenie, przejazd. Na krótkich dystansach życie ułatwia także Grab, czyli azjatycki Uber. Nocny autobus z Bangkoku do Chiang Mai Różnorodność religijna i kulturowa Polska jest krajem homogenicznym pod względem narodowym i religijnym. Pierwsze, co rzuca się w oczy po przyjeździe do Azji Południowo-Wschodniej, to różnorodność kulturowa i religijna. Obok siebie współwystępują buddyzm, lokalne wierzenia, islam, zdarzają się zgromadzenia chrześcijańskie. Szczególnie piękne świątynie można znaleźć w Bangkoku, Chiang Mai, Luang Prabang, Phnom Penh. Wymieniając świątynie, nie sposób pominąć kompleks Angkor Wat, który niektórzy zwiedzają pełny tydzień! Świątynia w Luang Prabang Architektura Różnorodność kulturowa Półwyspu Indochińskiego przejawia się w formach architektonicznych. W wielu miejscach, oprócz lokalnych stylów, widać wpływy chińskie, japońskie oraz kolonialne. Architektoniczna mozaika jest niezwykle bogata. Wielki Pałac Królewski w Bangkoku, kolonialna architektura Luang Prabang czy Hoi An, Pałac Królewski w Phnom Penh, metropolie Wietnamu – Hanoi oraz Ho Chi Minh, to absolutne punkty obowiązkowe Wielkiej Pętli po czterech wymienionych krajach. Pałac Królewski w Phnom Penh Piękne plaże Zwykle to właśnie piękne plaże przyciągają tłumy turystów do Tajlandii. Popkultura poprzez filmy takie jak „Niebiańska plaża” z Leonardo di Caprio czy bondowski „Człowiek ze złotym pistoletem” z Rogerem Moore’em wprowadziła tajlandzkie plaże do masowej świadomości. Trzeba jednak dodać, że ładne plaże można znaleźć także w Wietnamie, np. na wyspie Phu Quoc. Pobyt w tej części świata koniecznie musi zawierać kilka dni relaksu na plaży o bielutkim piasku i turkusowej wodzie. Warto jednak wybrać te mniej uczęszczane, np. na Koh Lanta. Plaża na Koh Lanta Natura Przemierzając Azję Południowo-Wschodnią, możesz znaleźć piękne tarasy ryżowe, lasy deszczowe, góry, niezwykle malownicze zatoki oraz bogaty świat podwodny. Widoki bardzo często zapierają dech w piersiach! W podróż warto wkomponować trekking przez dżunglę, nurkowanie oraz rejs po wyspach i zatokach. Angkor Wat Duże kontrasty Drapacze chmur w centrach miast istnieją obok miejsc, w których o poranku budzi pianie koguta. Z wielkich autostrad i obwodnic można dostrzec bawoła, który orze pole. W czasie podróży można zaobserwować wiele skrajności. Na to wszystko nakładają się jeszcze różnice między krajami i regionami. Rozwój Tajlandii i Wietnamu kontrastuje z sytuacją w Laosie czy Kambodży. Fascynujące jest doświadczenie odmienności sąsiadujących ze sobą krajów. Wycieczka rowerowymi rikszami. Dramatyczna historia regionu Historia krajów Półwyspu Indochińskiego to nie tylko historia lokalnych władców czy panowania mocarstw kolonialnych. Ostatnie 60 lat bardzo mocno doświadczyło tę część świata. Wojna wietnamska, tajna wojna na terytorium Laosu i Kambodży oraz pozostałe po niej niewypały bomb, czy wreszcie – reżim Pol Pota i Czerwonych Khmerów odcisnęły potężne piętno na współczesności krajów w tym regionie. Warto dowiedzieć się więcej, zanim wyruszy się w podróż. Pamiątka z Wietnamu Niewiele o tym krajach wiemy W Polsce niewiele czasu w mediach poświęca się krajom Azji Południowo-Wschodniej. A szkoda, bo tamtejsze państwa rozwijają się w niezwykle dynamiczny sposób i stanowią coraz ważniejsze miejsce na mapach gospodarczych i geopolitycznych. Zdecydowanie widać fazę wznoszącą oraz coraz większą obecność Chin. Łączna liczba ludności Tajlandii, Wietnamu, Kambodży i Laosu wynosi niemal 200 milionów! Gdyby ktoś był zainteresowany wydarzeniami na świecie, o których niewiele słychać w naszych mediach, polecam podcast Dział Zagraniczny. Podróż przez Tajlandię, Laos, Wietnam i Kambodżę pozwala poszerzyć perspektywy poznawcze i wyjść poza europocentryczny punkt widzenia świata. Hue w Wietnamie Więcej artykułów z naszej podróży przez pół świata znajdziesz tutaj
Top 10 miejsc w Azji Południowo-Wschodniej Autor: Before We Get Old | Data publikacji: 30 lipca 2018 | Kategoria: Azja Kilkumiesięczna podróż po Azji Południowo-Wschodniej każdego dnia zaskakiwała nas pięknymi (lub mniej) miejscami. Niejednokrotnie z zachwytu zbieraliśmy szczęki z podłogi, ale nie ukrywamy, że zdarzało się czasem rozczarować niektórymi rejonami. W tym poście postanowiliśmy skupić się na ulubionych miejscach i stworzyć naszą subiektywną listę TOP 10 miejsc w Azji. Wybór nie był prosty i ciężko było nam się ograniczyć tylko do dziesięciu miejsc spośród pięciu zwiedzonych krajów (Tajlandia, Mjanma, Laos, Kambodża, Malezja, Singapur). Koniec końców udało się, chodźcie! 1. MJANMA - SHWEDAGON PAGODA Nie jesteśmy zwolennikami świątyń. Naprawdę, to nie nasza bajka. Jednak gdy o zachodzie słońca udaliśmy się do buddyjskiej Shwedagon Pagody w birmańskim mieście Yangon i usłyszeliśmy magiczny dźwięk tysiąca dzwoneczków powiewających na wietrze, wiedzieliśmy, że ta chwila na długo pozostanie w naszych sercach! Zachodzące słońce, oświetlona na złoto pagoda, przyjemne ciepło świec dookoła i zapach kadzideł… Magia! 2. MALEZJA - CAMERON HIGHLANDS Wzgórza herbaciane w Malezji są naszym faworytem! To taki dziwny rejon kraju, w którym panuje specyficzny mikroklimat. Do południa jest słonecznie, a od godziny 15:00 codziennie leje jak z cebra! A ponieważ my z tych, którzy kochają naturę i otwarte przestrzenie, wybraliśmy się tutaj z samego rana, aby nacieszyć się piękną pogodą! To był fajny dzień! Do Cameron Highlands dojechaliśmy trzema autostopami, wypiliśmy pyszną herbatę i tak twardo przedzieraliśmy się przez krzaki, że spodnie Agaty rozpruły się w kroku na jakieś 40cm 😉 3. KAMBODŻA - KOH RONG SAMLOEM Najbardziej rajska wyspa, na której byliśmy podczas całej 3-miesięcznej wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej. W nocy nie ma prądu, Internet jest wynalazkiem dostępnym tylko w knajpach, a czas praktycznie tu nie istnieje 😉 Dni mijają leniwie na graniu w karty, spacerach wzdłuż długich, piaszczystych plaż, popijaniu owocowych shake’ów. Nasza ulubiona wyspa jak do tej pory! 4. TAJLANDIA - BANGKOK W przeciągu kilku miesięcy w Bangkoku byliśmy trzykrotnie i za każdym razem to miasto czymś nas zachwycało. Za pierwszym razem zauroczyliśmy się nocnym, ulicznym życiem. Drugim razem Bangkok kupił nas tajską kuchnią. Ostatnią z wizyt uczciliśmy drinkiem na 61 piętrze sky baru i dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie jak niesamowicie wielka jest to metropolia! Zobacz: 10 rzeczy, które warto zrobić w Bangkoku! 5. LAOS - VANG VIENG Najbardziej malownicze miasteczko w Laosie! Leniwy spływ dętką po Mekongu, wycieczki skuterem po urokliwych bezdrożach czy wieczorna whisky, spożywana w towarzystwie nowych znajomych z hostelu… to wszystko sprawiło, że Vang Vieng na długo pozostanie w naszych sercach! 6. MJANMA - BAGAN Dziesiątki balonów o wschodzie słońca nad pagodami w Bagan to bezapelacyjnie jeden z najpiękniejszych widoków, jaki w życiu widzieliśmy! Wyrastające z horyzontu wierzchołki świątyń wydają się nie mieć tutaj końca. Zobacz: Jak zwiedzać Bagan w Birmie? Porady praktyczne. 7. MALEZJA - GEORGETOWN Ale mieliśmy zabawę szukając słynnych murali w Georgetown! Urokliwe, wąskie uliczki miasta, wypełnione są zapachami lokalnych garkuchni. Georgetown słynie również z najlepszej kuchni w całej Malezji, co sprawdziliśmy na własnej skórze i totalnie zgadzamy się z tym stwierdzeniem! Do tej pory pamiętamy smak wyśmienitej, pieczonej kaczki i obłędny, słodki deser cendol! 8. SINGAPUR Do Singapuru trafiliśmy przypadkiem, ponieważ stąd właśnie mieliśmy lot powrotny do Polski. Ostatnie 4 dni spędziliśmy w mieście lwa, które wyjątkowo skradło nasze serca! To nic, że jedliśmy zupki chińskie w pokoju hotelowym, bo na mieście było za drogo. 😉 Nowoczesny Singapur naprawdę zachwyca! Najbardziej spodobało nam się nocne pokazy świetlne na ogromnych instalacjach-drzewach – Supertrees. 9. LAOS - KUANG SI FALLS Laotańskie wodospady Kuang Si przypomniały nam trochę Plitvickie Jeziora w Chorwacji. Nie są tak dużych rozmiarów jak ich europejskie koleżanki, ale kąpiel w kameralnych, turkusowych lagunach sprawiła, że poczuliśmy się jak w raju! 10. MALEZJA - PETRONAS TOWERS Jeśli mielibyśmy wskazać najpiękniejszy wieżowiec, jaki w życiu widzieliśmy, to byłyby to bliźniacze wieże Petronas Towers w Kuala Lumpur. Otoczone różową łuną zachodzącego słońca i magicznie podświetlone sprawiły, że dwukrotnie przejeżdżaliśmy pół miasta, aby ponownie zobaczyć ten piękny, wielkomiejski spektakl! Pomimo, że na zdjęciu tego nie widać, wieże są naprawdę gigantyczne! Był ktoś z Was w Azji Południowo-Wschodniej? Jakie są Wasze ulubione miejsca? Azja Azja ciekawe miejsca Azja co warto zwiedzić Azja co zobaczyć Azja Południowo-Wschodnia co zobaczyć Azja top 10 miejsc Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Szczegóły znajdują się w naszej polityce prywatności. OK
W tym pięknym zakątku Afryki nie brakuje opadów, jezior, żyznych wulkanicznych gleb, bujnej przyrody. Ale równocześnie jest to jeden z najgęściej zaludnionych obszarów naszej planety. Rozpaczliwa konkurencja o ziemię i inne zasoby naturalne – między różnymi grupami ludzi, a także między ludźmi a dzikimi zwierzętami – stała się zarzewiem niesłychanych gwałtów i przemocy. Jak rozwiązać te konflikty? Czy jest szansa na ocalenie przyrody? Mwami był kiedyś kimś w rodzaju króla. Jego władza była niekwestionowana. Od 1954 r., tak jak ojciec i dziad, przewodził plemieniu Bashali zasiedlającemu pagórkowatą okolicę na wschodzie Demokratycznej Republiki Konga (DRK). Nazywa się Sylvestre Bashali Mokoto, ale inni wodzowie zwracali się do niego zwyczajnie, per doyen, czyli senior. Przez większą część dorosłego życia Mwami przyjmował wszystkich, którzy przybywali do dystryktu. Przybysze przynosili mu w darze bydło i inne prezenty, zaś on w zamian, według swego uznania, nadawał im działki ziemi. Dziś wódz siedzi na zakurzonej kanapie w jakiejś budzie w Gomie. Region znalazł się w samym środku katastrofy humanitarnej, która trwa już ponad dekadę. Wschodnie Kongo zaludniają tysiące przedstawicieli ludów Tutsi, Hutu i Hunde rywalizujących o tę samą ziemię, którą uważają za własną. Różne grupy zbrojne próbują opanować tereny siłą, wędrowni pasterze szukają wolnych pastwisk dla swoich trzód, tłumy uchodźców starają się znaleźć dla siebie miejsce do jakiegokolwiek życia. Parę lat temu przedstawiciel zbuntowanej armii zagarnął 80-hektarowy majątek mwami i zmusił go, by przeniósł się do tej nędznej nory w Gomie. Goma jest jak mrowisko, w które ktoś wetknął kij. Jeszcze dwie dekady temu miasto liczyło 50 tys. mieszkańców. Dziś ludzi jest tu 20 razy więcej. Uzbrojeni mężczyźni w mundurach wałęsają się po nędznych, nieoświetlonych ulicach. Nikt nie odważy się im sprzeciwić. Z otaczających lasów płynie do miasta strumień ludzi wiozących ogromne paki z węglem drzewnym na rowerach lub chukudu, czymś w rodzaju drewnianej bagażowej hulajnogi. Na północy dymi wulkan Nyiragongo. W 2002 r. posłał na Gomę potoki lawy, które zalały handlową dzielnicę miasta. Na południu wrze srebrny kocioł jeziora Kiwu. Jego wody są tak nasycone dwutlenkiem węgla i metanem, że zdaniem niektórych naukowców istnieje groźba erupcji gazów, której skutkiem byłaby zagłada całej ludności Gomy i okolic. Mwami, podobnie jak wielu innych, mniej uprzywilejowanych, nie widzi wyjścia. Nie utracił jednak monarszej wyniosłości w spojrzeniu. Mimo to, i mimo błyszczących spinek w mankietach oraz wypielęgnowanej szpakowatej brody, nie jest tu, w Gomie, żadnym wodzem. Jest Sylvestrem Mokoto, człowiekiem, którego fala rzuciła w to rozwścieczone mrowisko i który nie ma już żadnej ziemi do nadawania komukolwiek. A ja, jego gość, nie przynoszę mu żadnych darów, mam tylko kłopotliwe pytania. – Oczywiście, że moja władza uległa znacznemu ograniczeniu – prycha mwami. – Jak się można sprzeciwiać ludziom z karabinami? W tym zakątku Afryki Wschodniej skończyło się panowanie tradycyjnych mwami. Od kilkudziesięciu lat rządzi tu przemoc. Przyniosła dziesiątki tysięcy zabójstw i uprowadzeń w północnej Ugandzie, zagładę miliona ludzi w Rwandzie i Burundi, lata chaosu we wschodnim Kongu. Ostatnią z tych wojen zaczęto nazywać wielką wojną afrykańską, ponieważ zaangażowało się w nią wiele państw ościennych, a liczbę ofiar (przyczyną śmierci były głównie choroby i głód) szacuje się na 5 mln z górą, co czyni konflikt najkrwawszym od czasów II wojny światowej. Jeśli wymaże się z mapy granice Ugandy, Demokratycznej Republiki Konga, Rwandy, Burundi i Tanzanii, widać, że te odrębne organizmy polityczne łączy krajobraz ukształtowany przez siły tektoniczne. Układ Wielkich Rowów Afrykańskich odcina róg Afryki od reszty kontynentu – po zachodniej stronie pęknięcia zostaje nubijska płyta tektoniczna, która oddala się od leżącej po stronie wschodniej płyty somalijskiej; rów rozwidla się w północnej części, obejmując odgałęzieniami z dwóch stron Ugandę. Jedno z tych odgałęzień to Wielki Rów Zachodni. Stoją nad nim góry Wirunga i masyw Ruwenzori, a na dnie leży łańcuch wielkich jezior. Jednym z nich jest Jezioro Alberta. To geologiczne pęknięcie ma długość blisko 1500 km. Jest to obszar wyżynnych lasów, gór, sawann, jezior i mokradeł, a jego przyroda odznacza się wyjątkową bujnością i ogromnym bogactwem gatunkowym. Żyją tu goryle, okapi, lwy, hipopotamy, słonie, dziesiątki gatunków rzadkich ryb i ptaków. Nie można też nie wspomnieć o obfitości surowców mineralnych, począwszy od złota i cyny, a na rudach tantalu i niobu, metali niezbędnych do produkcji mikroprocesorów, kończąc. W XIX stuleciu dotarli tu w poszukiwaniu źródeł Nilu odkrywcy europejscy, David Livingstone i John Hanning Speke. Bogactwo roślinności i dostatek wody wzbudzały zachwyt. Jak pisze francuski historyk Afryki Jean-Pierre Chrétien, wielkie jeziora w sercu czarnej Afryki wprost olśniły białych. Paradoksem jest to, że obfitość bogactw Wielkiego Rowu Zachodniego stała się przyczyną ich względnego niedostatku. Żyzna wulkaniczna gleba, dostatek opadów, bogactwo przyrodnicze i brak komarów oraz much tse-tse (ze względu na wyniesienie nad poziom morza), a co za tym idzie brak przenoszonych przez te owady chorób, przyciągały ludzi od dawna. W miarę jak gęstość zaludnienia rosła, trzebiono kolejne obszary puszcz, aby zapewnić ziemię uprawną i pastwiska dla bydła. Już w XIX w. ten raj, który ukazał się oczom odkrywców, nękała jedna wątpliwość: czy ziemi wystarczy dla wszystkich? Człowiek podejrzewany o to, że zabił lwy, siedzi na brzegu Jeziora Jerzego pogrążony wraz z innymi hodowcami bydła w partii gry planszowej omweso. Na mój widok przerywa, przedstawia się jako Eirfazi Wanama i tłumaczy, że nie może mi podać swego wieku ani liczby dzieci. – My, Afrykanie, nie liczymy swego potomstwa, bo wy, muzungu, nie chcecie, byśmy się tak rozmnażali – oświadcza. Muzungu to w tej części świata slangowe określenie białego człowieka. Wanama uśmiecha się chytrze i mówi: – Może pan pytać bez ogródek. Zabito tu jakieś lwy, a strażnicy parkowi wyciągnęli mnie w nocy z łóżka i aresztowali. Pod koniec maja 2010 r. dwaj strażnicy ugandyjskiego Parku Narodowego Królowej Elżbiety zobaczyli krążące sępy mniej więcej pół kilometra od wioski Hamukungu (w której mieszka Wanama). Jak się okazało, ptaki wypatrzyły pięć martwych lwów. W pobliżu leżały dwie krowy nafaszerowane izocyjanianem metylu – niebieskawą trującą substancją stosowaną jako środek owadobójczy. Śledztwo wskazało na Wanamę jako sprawcę. Drugi podejrzany ulotnił się. – Przetrzymali mnie dobę, a potem puścili. Ja stąd nie uciekam – deklaruje Wanama. Wioska Hamukungu leży na terenie parku narodowego, a lwy są jego główną atrakcją turystyczną. Liczebność tutejszej populacji zmniejszyła się o 40 proc. w ciągu ostatnich 10 lat. – W wiosce przybywa ludzi, a także bydła – tłumaczy Wilson Kagoro, społeczny strażnik parku. – Gdy nocą ludzie zapuszczają się na teren parku (nielegalnie), by wypasać bydło, zdarza się, że lwy pożerają krowy. A to wywołuje kroki odwetowe. Na moje pytanie, jak to możliwe, że tylu ludzi utrzymuje się na takim skrawku ziemi, Wanama mówi: – Tylko dzięki bożej pomocy. Ustanowienie tu parku narodowego uczyniło z nas nędzarzy. Ludziom do życia potrzebna jest ziemia. Park Królowej Elżbiety utworzono w 1952 r. dla ochrony obszarów o największej na ziemi biomasie dużych ssaków na jednostkę powierzchni, co podkreśla Andrew Plumptre, który w ramach organizacji Wildlife Conservation Society kieruje programem ochrony Wielkiego Rowu Zachodniego. Niepokoje polityczne i społeczne w regionie utrudniają jednak ochronę przyrody. Zarówno kłusownicy, jak i zdesperowani wieśniacy dziesiątkują populacje słoni, hipopotamów czy lwów. Od założenia Parku Królowej Elżbiety do roku 1980 liczebność słoni na jego terenie spadła z 3 tys. do 150 sztuk. Park Narodowy Wirunga we wschodnim Kongu, najstarszy w Afryce, założony w 1925 r., należy do najbardziej zagrożonych. Na jego terenie osiedliło się już mnóstwo ludzi. Pejzaż, w którym niegdyś dominowały wielkie ssaki, dziś robi wrażenie opustoszałego. Domki dla turystów są zrujnowane. Po rwandyjskiej masakrze w 1994 r. większa część terytorium parku jest zamknięta dla ruchu turystycznego. Toczy się tu wojna. Rodrigue Mugaruka jest naczelnikiem straży parkowej rejonu Rwindi, środkowego sektora Wirungi. W 1997 r., jako dziecko, walczył w powstaniu, które obaliło wieloletniego prezydenta Konga (kraj nosił wówczas nazwę Zair) Mobutu Sese Seko. W próżni politycznej, która powstała po obaleniu Mobutu, we wschodniej części kraju doszło do rywalizacji różnych ugrupowań zbrojnych o tutejsze zasoby: złoto, węgiel drzewny, cynę, tantal i niob. Dziś Mugaruka walczy z partyzantami, tzw. Mai-Mai, kontrolującymi nielegalne rybołówstwo i produkcję węgla drzewnego w wioskach na obszarze parku. Kontrolę nad swoim sektorem przejął od żołnierzy kongijskich, którzy mieli walczyć z partyzantami. Ponieważ rząd zalegał z wypłatą żołdu, głodni żołnierze zabijali dzikie zwierzęta na mięso. Wysiłki Mugaruki na rzecz wymuszenia przestrzegania prawa są niezbyt mile widziane przez tysiące uchodźców z terenów ogarniętych wojną, którzy osiedlili się na terenie parku. W rybackiej wiosce Vitshumbi strażnik rozkazał zniszczyć sieci, porąbać, polać naftą i podpalić kilkanaście łodzi, z których prowadzono połowy, a także spalić wiele worków nielegalnie pozyskanego węgla drzewnego. Wszystko to na oczach rozżalonych mieszkańców. Kutrem, na którym widać ślady kul, przewozi nas do wioski Lulimbi, skąd samochodami wyruszamy nad rzekę Ishasha na granicy z Ugandą. Od 1976 r. wybito tu na mięso 96 proc. populacji hipopotamów. Później udajemy się do oddziału parku Mount Tshiaberimu, gdzie uzbrojone patrole chronią non stop 15 goryli wschodnich nizinnych. Pilnują ich przed partyzantami i wieśniakami, których dodatkowo buntują niektórzy politycy głoszący, że teren parku należy zagospodarować rolniczo. Rodrique Mugaruka wie, że znalazł się na celowniku. Na muszkę wzięli go partyzanci Mai-Mai i kongijscy biznesmeni, którzy ich finansują. – Chcą nas przepędzić z parku – mówi naczelnik straży. – Gdy konfiskujemy jakąś łódź i sieci, biznesmeni mówią partyzantom: „zanim następny raz zarzucimy sieci, musicie zabić strażnika”. Trzech moich ludzi zginęło na jeziorze. A jeśli wziąć pod uwagę cały region, śmierć poniosło ponad 20 strażników. W styczniu ludzie Mugaruki wpadli w zasadzkę bojówkarzy na drodze wiodącej przez środek parku. Dostali się w ogień granatników. Zginęło trzech strażników i pięciu żołnierzy kongijskich. A do władz wkrótce dotarła petycja z podpisami 100 tys. wieśniaków domagających się zmniejszenia powierzchni Parku Narodowego Wirunga o blisko 90 proc. Wnioskodawcy dali rządowi trzy miesiące na oddanie im ziemi, która – jak twierdzą – prawnie im się należy. Jeśli to nie nastanie, zagrozili, że wkroczą i zagarną ziemię siłą. Chcemy ziemi! Mój rozmówca przedstawia się jako Charles. Ma 24 lata i siedzi z maczetą w dłoni na świeżo ściętym pniu. Nie jest stąd, czyli z Rezerwatu Leśnego Kagombe w Ugandzie. A może i stąd? Przecież dekretem prezydenckim wstrzymano eksmisję tych, którzy nielegalnie osiedlili się w rezerwatach. Charles twierdzi, że mieszkańców Kagombe odwiedził minister. – Powiedział nam, że możemy tu nadal żyć – mówi z uśmiechem. Zbliżają się wybory, minister i jego kolesie muszą dbać od przychylność wyborców, a tym najlepiej obiecać ziemię. Charles i paru innych młodych ludzi zamieszkali w lesie w 2006 r. – Żyliśmy w gospodarstwie moich dziadków, ale tam było za dużo ludzi. Usłyszeliśmy, że tu można dostać ziemię za darmo – opowiada. W Kagombe osiedliło się już wcześniej napływowe plemię Bakiga. Gdy przedstawiciele władz próbowali ich usunąć, prezydent Ugandy Yoweri Museveni przed wyborami wydał dekret zakazujący eksmisji. Następnie kilku polityków lokalnych zaczęło zachęcać przedstawicieli miejscowego plemienia Banyoro, do którego należy Charles, by zajęli fragment lasu, bo inaczej jedynymi mieszkańcami Kagombe staną się ludzie napływowi. Charles i jego znajomi zajęli więc mniej więcej trzy hektary lasu i zaczęli go rąbać. Zbudowali chaty kryte, drogę i kaplicę. Posadzili kukurydzę, banany, maniok i ziemniaki. Sprowadzili żony i zaczęli się rozmnażać. Dzisiaj Charles jest jednym z 3 tys. mieszkańców rezerwatu. Nikt z nich nie ma zamiaru się stąd wyprowadzać. – Jest tu nam bardzo dobrze – mówi. A tymczasem las zamienia się w zgliszcza, bo ludzie wypalają go, by uzyskać ziemię pod uprawę. Szkody są ogromne: Kagombe jest ważnym ogniwem szlaku wędrówek szympansów i innych zwierząt. Sarah Prinsloo z Wildlife Conservation Society podkreśla: – Stan populacji dzikich zwierząt w kilku sąsiednich parkach narodowych zależy od łączących je korytarzy takich jak las Kagombe. Zniszczenie środowiska skutkuje zmniejszeniem się liczebności zwierząt w całym regionie. Jak to się stało, że ta kraina obfitości zamieniła się w dżunglę bezprawia? Jeśli się zagłębić w historię ludów zamieszkujących Wielki Rów Zachodni, okaże się, że panujące tu pojęcia na temat tożsamości etnicznej opierały się na błędnych przesłankach. Dane archeologiczne i językoznawcze wskazują na to, że już w 500 r. napłynęli tu pierwsi osadnicy z rozmaitych grup i stworzyli heterogeniczną społeczność używającą zbliżonych do siebie języków Bantu, utrzymującą się z uprawy ziemi i hodowli bydła. W XV w. powstały scentralizowane królestwa, jak na przykład Bunyoro i Rwanda, utworzyła się też odrębna klasa pasterzy, którzy odróżniali się od rolników ubiorem oraz sposobem odżywiania opartym na mleku, mięsie i krwi bydlęcej. Z czasem owi pasterze stali się arystokracją. Europejskiego odkrywcę Johna Hanninga Speke’a, który dotarł na te tereny pod koniec XIX w., zdumiała doskonała organizacja tutejszych królestw, które miały swoje dwory i służby dyplomatyczne. Speke założył, że elita pasterska, znana pod nazwami Hima lub Tutsi, to „wyższa rasa”, lud pochodzenia nilotyckiego (z obszarów dzisiejszej Etiopii), który najechał obszar wielkich jezior afrykańskich i podbił miejscowe rolnicze ludy Bantu, jak Iru czy Hutu, które odkrywca uznał za „niższe”. – Wysoko zorganizowane państwa kłóciły się z żywionymi wówczas przez Europejczyków przekonaniami o wrodzonej niższości intelektualnej Afrykanów – mówi archeolog Andrew Reid. Koncepcja inwazji ludów nilotyckich wyjaśniała istnienie cywilizowanych królestw w sercu Afryki. Problem z tą koncepcją był tylko jeden: była fałszywa. Nie powstrzymało to jednak Tutsi i innych klas uprzywilejowanych przed przyjęciem teorii o własnym nilotyckim pochodzeniu za prawdziwą, bo tłumaczyły ich wyższość nad Hutu. Po podziale Afryki Wschodniej między europejskie mocarstwa w końcu XIX w. niemieccy i belgijscy kolonizatorzy gorliwie wykorzystali coś, co uważali za „naturalną” hierarchię społeczną, i wysługiwali się uprzywilejowaną mniejszością Tutsi. Wbrew często przytaczanym różnicom fizycznym między dwiema grupami (Tutsi mają podobno być wyżsi, mieć jaśniejszą skórę i węższe wargi niż Hutu) przedstawicieli obu grup tak trudno od siebie odróżnić, że w 1933 r. Belgowie musieli wprowadzić dowody tożsamości, w których umieszczono informację o przynależności: właścicieli bydła o pewnych cechach fizycznych, w sumie 15 proc. ludności, uznano za Tutsi, a resztę – za Hutu. Zdarzało się, że członków tej samej rodziny kwalifikowano do różnych grup. Owe dowody tożsamości, oficjalne potwierdzenie systemu kastowego, w czasie rwandyjskiego ludobójstwa decydowały o życiu lub śmierci wielu osób. Gdy we wczesnych latach 60. XX w. państwa Afryki Wschodniej uzyskiwały niepodległość, konflikty między Tutsi a Hutu zaogniły się na tyle, że zaczęły się fale mordów. Niemniej jednak ludobójstwo w Rwandzie miało nie tylko etniczne podłoże. Końcowe lata XX stulecia uświadomiły ludziom, że na obszarze Wielkich Rowów Afrykańskich nie wystarczy miejsca dla wszystkich. Alarmujący wzrost liczby ludności zbiegł się ze spadkiem cen kawy i herbaty w latach 80. Bieda wzmagała głód ziemi. Wprawdzie taka na przykład Holandia ma gęstość zaludnienia większą niż Rwanda w tamtym okresie, ale jej ludność karmi zmechanizowane, nowoczesne rolnictwo pozwalające na uzyskiwanie wysokich plonów. Tymczasem Rwanda uzależniona jest od tradycyjnych, ekstensywnych form gospodarowania, które oznaczają, że jeśli chce się mieć więcej żywności, trzeba zwiększyć obszar uprawy. W połowie lat 80. każdy hektar ziemi nadającej się do wykorzystania (poza obszarem parków narodowych) był już uprawiany. Gospodarstwa dzielono między synów na coraz mniejsze działki. Następowało wyjałowienie gleby. Napięcie rosło. Ekonomiści belgijscy Catherine André i Jean-Philippe Platteau prowadzili w Rwandzie, jeszcze przed masakrą, badania dotyczące sporów o ziemię. Wynikało z nich, że coraz więcej gospodarstw nie jest w stanie wyżywić swoich członków. Natomiast prowadząc ankiety już po ludobójstwie, naukowcy często słyszeli Rwandyjczyków twierdzących, że „wojna jest konieczna, aby usunąć nadmiar ludzi i dostosować liczbę ludności do dostępnych zasobów ziemi”. André i Platteau nie sugerują, że ludobójstwo było nieuchronną konsekwencją przyrostu liczby ludności, bo bez wątpienia do zabójstw podjudzali żądni władzy politycy. Niemniej jednak część naukowców jest przekonana, że podłożem masowych zabójstw był niedostatek ziemi. Mówiąc krótko, masakra dała bezrolnym Hutu pretekst potrzebny do zainicjowania wojny klasowej. Za gorliwość, za jaką działali zwykli, przeciętni rolnicy (...) odpowiada, przynajmniej po części, poczucie, że zbyt wielu ludzi żyje na zbyt małej powierzchni, a zmniejszenie liczby ludności da więcej ziemi tym, którzy przeżyją – pisał francuski historyk Gérard Prunier w książce The Rwanda Crisis: History of a Genocide (Kryzys w Rwandzie – historia ludobójstwa). Miejscowość Shasha w kongijskiej prowincji Nord-Kivu to miejsce, gdzie krzyżują się szlaki rozmaitych uzbrojonych grup. Praktycznie wszystkie kopalnie kontrolują tam zbrojne bandy: bojówki Hutu lub Tutsi, oddziały Mai-Mai czy armii kongijskiej. Bandy na zmianę opanowują Shashę, regularnie, jakby w ramach jakiegoś makabrycznego grafiku. Kobieta imieniem Faida płacze bezgłośnie, gdy wspomina, co przydarzyło się jej rok temu. W ręku trzyma list od męża, w którym ten żąda, by wyniosła się z domu, bo obawia się, że mężczyźni, którzy ją zgwałcili, zarazili ją wirusem HIV. Tamtego dnia Faida z plemienia Hunde zmierzała na odległy o półtorej godziny marszu targ w Minova. Na plecach dźwigała orzeszki ziemne. Kobieta miała wtedy 32 lata i sześcioro dzieci. Od 16 lat przemierzała tę drogę codziennie. Nie przyszło jej do głowy, że zostanie napadnięta w biały dzień. Napastników było trzech, z plemienia Hutu. Mężczyźni dali jej do wyboru: śmierć albo życie. Zaciągnęli ją na pastwisko. Straciła przytomność. Dzisiaj mieszka z dziećmi u sąsiadów. Nie może pracować. Mąż wziął sobie drugą żonę. Uszkodzenia cielesne są poważne. – Bardzo mnie boli – mówi. – Załatwcie mi jakieś leki, błagam. Shasha ma jakieś 10 tys. mieszkańców, dwa razy więcej niż w 1994 r. Jej dzieje są w miniaturze historią wschodniego Konga. Od wieków zamieszkiwali tu Hunde. Napływ Hutu nastąpił w latach 30. XX w.; sprowadzili ich kolonizatorzy belgijscy do pracy na plantacjach. Później, po rwandyjskiej masakrze z 1994 r., zjawiły się dodatkowe tysiące uchodźców Hutu. Spory o ziemię stawały się coraz gorętsze i coraz częściej rozstrzygano je z bronią w ręku. Znaczne zasoby bogactw mineralnych tylko pogarszają sytuację. Braki i obfitość występują tu obok siebie, podsycając pretensje i żądzę, rozpętując przemoc. Prawniczka Marie Gorette ocenia, że ponad 800 kobiet z miejscowości zostało zgwałconych. Wiek ofiar: od 9 miesięcy do 80 lat. Pewnego popołudnia usiedliśmy wraz z nią w chacie, do której przychodziły kobiety jedna po drugiej i opowiadały o przejściach. Odette ma silną budowę, ubrana jest w sukienkę drukowaną w niebieski deseń. Ją spotkało to zaledwie 10 dni temu. 12-letni syn znalazł ją nieprzytomną na polu manioku, gdzie pracowała. Justine ma 28 lat. Została zgwałcona, gdy watażka kongijskich Tutsi Laurent Nkunda wysłał w 2008 r. oddziały CNDP do Shashy. Justine nie była jedyna – podobny los spotkał wiele jej krewnych i sąsiadek. Inna kobieta, 42-letnia, opowiada jak cztery lata temu bojówka kongijskich Tutsi wtargnęła do jej domu. Zabrali wszystkie oszczędności, a ją zgwałcili. – Nikt o tym nie wie – mówi. Zdaję sobie sprawę, że opowiada mi o tym, co ją spotkało, tylko dlatego, że liczy na pomoc z mojej strony. W latach 1996–2008 w Kongu zgwałcono ok. 200 tys. kobiet. Tylko w roku 2009 i tylko w prowincjach Nord- i Sud-Kivu ten los spotkał ponad 8 tys. Podobnie jak rwandyjscy Hutu w 1994 r. próbowali ostatecznie wytępić Tutsi, atakując głównie kobiety i dzieci, tak napastnicy w Shashy uczynili swym celem właśnie kobiety. – Shasha leży na szlaku komunikacyjnym i jest najgorszym miejscem w całym regionie. Gwałt stał się rodzajem broni, której celem jest zniszczenie całego pokolenia – mówi Gorette. Gdzieś w Rwandzie psuje mi się samochód. Gdy stoję, medytując nad parującym silnikiem, zatrzymuje się jakiś człowiek i proponuje, że podwiezie mnie te 100 km do Kigali. – Gdyby to było w Kongu, miałby pan duży kłopot – mówi ze śmiechem. Mężczyzna ma na imię Samuel. Pochodzi z rolniczej okolicy Rwamagana, ale zajmuje się stolarstwem. Według tutejszych norm Samuel ma małą rodzinę – tylko czwórkę dzieci. To idealna liczba – twierdzi. Szkoła kosztuje go 650 dol. od dziecka za semestr. – Uważam, że wykształcenie jest konieczne. Bez tego człowiek nie znajdzie pracy – uśmiecha się i dodaje: – Jestem optymistą. Rwandę czeka dobra przyszłość. To jakiś cud, że kraj, który doświadczył potwornego ludobójstwa, po niecałych 20 latach jest miejscem budzącym nadzieję. Prezydent Rwandy Paul Kagame pokonał należących do Hutu przywódców masakry i stworzył rząd złożony z Tutsi, który jest od tamtej pory u władzy. Kagame zapewnił krajowi stabilizację i rozwój gospodarczy, ale są tacy, którzy uważają jego reżim za represyjną autokrację. Krytykuje się go za faworyzowanie mniejszości Tutsi, nieprzestrzeganie praw człowieka, prześladowanie dysydentów oraz zagarnianie surowców mineralnych ze wschodniego Konga. Niemniej jednak nikt nie może zaprzeczyć, że Kagame legitymuje się długą listą sukcesów. Rwanda jest dziś jednym z najstabilniejszych państw w tej części Afryki. Drogi mają utwardzone nawierzchnie, jest czysto, rząd przedsięwziął ambitną kampanię ochrony resztek lasów. Programy rządowe przewidują kształcenie byłych kłusowników w nowych zawodach i znajdowanie im alternatywnych środków utrzymania. Uchwalono prawo umożliwiające uzyskanie odszkodowania za bydło zranione lub zabite przez dzikie drapieżniki. W ramach reformy rolnej w 2008 r. przekazano biedakom setki tysięcy hektarów należących do obszarników. (Tu warto dodać, że zarówno prezydent, jak i jego wpływowi poplecznicy pozostają właścicielami ogromnych majątków ziemskich). Inaczej niż w Ugandzie, gdzie prezydent Museveni ogłosił wysoki przyrost naturalny narzędziem budowania pozycji kraju, w Rwandzie propaguje się metody planowania rodziny ograniczające przyrost. Ale nawet jeśli stopa dzietności spadnie poniżej poziomu reprodukcji prostej, co ma nastąpić do roku 2050, ludność kraju i tak będzie trzykrotnie liczniejsza niż była przed masakrą 1994 r. 43 proc. Rwandyjczyków nie osiągnęło jeszcze 15. roku życia; 30 proc. to analfabeci; 81 proc. mieszka na wsi. Wykarmienie rosnącej szybko liczby ludności i równoczesna ochrona przyrody będą wymagały wymyślenia sposobu zwiększenia wydajności ziem uprawnych, a w tej części świata to bardzo trudne. – Przeciętna rodzina liczy sześć osób i ma do dyspozycji niewiele ponad pół akra (0,2 ha) ziemi – wyjaśnia Pierre Rwanyindo Ruzirabwoba, dyrektor rwandyjskiego Instytutu Badań i Dialogu dla Pokoju. – A oczywiście dzieci zaraz będą miały swoje dzieci. Gdzie będą uprawiać żywność? Taki mały kawałek ziemi jest zwykle wyeksploatowany i wyjałowiony. Obawiam się, że za rogiem czeka nas następna wojna. Robert Draper, 2012
Scam, wszędzie scamChyba nie ma kraju na świecie w którym nie natknęlibyśmy się na scam*. Od bardzo prymitywnych do tych wyrafinowanych i wymagających współdziałania kilku osób – zawsze znajdzie się sposób aby nas oszukać/okraść. Co ciekawe, każda część świata ma charakterystyczne dla siebie metody działania – dzisiaj zamknięte, 3 karty, przyjaciel itp.[*]Według Wikipedii scam to oszustwo polegające na wzbudzeniu u kogoś zaufania, a następnie wykorzystanie tego zaufania do wyłudzenia pieniędzy lub innych składników tym cyklu poradników postaram się opisać najpopularniejsze metody scamu w danych regionach świata, abyście nie stracili swoich pieniędzy, czasu albo nawet zdrowia. Pominę bezpośrednie występki jak kieszonkowców, złodziei hotelowych, kierowców skuterów wyrywających torebki itp. a skupię się na tych mniej oczywistych sposobach oszustwa/kradzieży. W miarę możliwości napiszę jak wyjść z opresji obronną ręką. Na pierwszy ogień pójdzie Azja Południowo-Wschodnia z racji swej popularności wśród Polaków chcących odpocząć nieco dalej niż w trasę zawsze szukam informacji o najpopularniejszych, jak i tych mniej popularnych metodach oszukiwania turystów. Uzbrojony w tę wiedzę mogę (teoretycznie) spokojnie ruszać w podróż. Czy zdarzyło mi się paść ofiarą scamu? Oczywiście. W Bangkoku dałem się nabrać na dobrze zakamuflowanego majfrienda, ale dość szybko połapałem się o co chodzi i opuściłem imprezę. Kosztowało mnie to całe 0,7PLN, ale mogłem wydać ponad 360PLN na bezwartościowy bilet. To już wszystko? No cóż, moja postura, doświadczenia z oszustwami i sposób zwiedzania odbiegają dość mocno od typowego celu naciągaczy – jak powiedział warszawski doliniarz w pewnym dokumencie: “Po co ryzykować, mało to ludzi mamy w Stolycy?”.Ciężko jednoznacznie określić kto jest ulubionym celem ataków oszustów – wiadomo, że łatwiej będzie “zrobić” amerykańską parę z prowincji z BMI >35 niż młodego Europejczyka o wschodnich rysach, nie wyglądającego jak angielski nastolatek spod tęczy. Nie oznacza to, że hardcorowy backpackers może czuć się całkowicie bezpieczny, czego dowodem jest choćby poniższy filmik. Istnieją wyspecjalizowane grupy kradnące w różny sposób bagaże, biżuterię, elektronikę itp. Nic nie zastąpi trzeźwego umysłu i rozeznania zrobionego w Południowo-Wschodnia to obszar obejmujący następujące państwa: Mjanma (Birma), Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam, Malezja, Singapur, Indonezja, Timor Wschodni, Brunei i Filipiny. Mix kultur, wyznań i języków jest tutaj przeogromny; scam także niejedno ma imię. To, że jakiś scam nie został wylistowany poniżej, nie znaczy, że nie natkniemy się na niego podczas Majfriend. Miejsce najczęstszego występowania: Wietnam, Tajlandia, LaosMajfriendzi to może nie najgorsza, ale na pewno najbardziej upierdliwa rasa wśród scamistów; co gorsza ich pomysłowość nie ma granic. Majfriend to miejscowy, który opanował język angielski w stopniu komunikatywnym i postanowił na tym zarobić. Jego nazwa pochodzi od nadużywania zwrotu “my friend” i włażenia w dupę bez potrzeby. Podzielę powyższych pacjentów na kilka kategorii bo ich sposobów na scam nie sposób zliczyć. Typowy majfriend: Miejscowy mężczyzna, średnio ubrany, poza kilkoma wyuczonymi zwrotami kaleczy angielski. Uśmiecha się zdecydowanie zbyt mocno, wchodzi w nasze 4 litery w tempie ekspresowym i chyba naczytał się zbyt dużo poradników MLM, bo zaraz chce się przytulać i coś sprzedać/zaproponować. Unika kontaktu wzrokowego i pyta o kraj pochodzenia aby określić głębokość portfela – jednym słowem amator. Łatwy do zbycia przez stanowcze podziękowanie i olewanie przez kolejne 30 sekund. Majfriend upierdliwiec: Podobny do pierwszego przypadku z tą różnicą, że nie chce się od nas odczepić. Psuje nam urlop poprzez ciągłe trzymanie się blisko, zwracanie naszej uwagi i niezamykające się usta. Liczy na to, że w końcu dostanie pieniądze żeby sobie poszedł. Grozić nie ma co, przyłożyć też nie radzę. Jedyny sensowny sposób to wsiąść do taxi, zrobić kółko i wrócić na miejsce, ewentualnie wspomnieć o majfriendzie policji. Zakamuflowany: Najłatwiej nabrać się (przynajmniej na początku) na tego typu majfrienda. Zakamuflowany to miejscowy ubierający i zachowujący się jak człowiek z Europy. Mówi płynnie językiem angielskim z dobrym akcentem, nie stara się sprzedać nam niczego od pierwszej chwili, nie jest przesadnie miły. „Przypadkiem” spotykacie się w sklepie w którym kasjer pyta was o coś więcej niż pieniądze, na stacji metra kiedy nie do końca wiecie na którym przystanku powinniście wysiąść czy innej nieco kłopotliwej sytuacji. Zakamuflowany krótko i zwięźle pomaga, po czym delikatnie zaczyna kontynuować rozmowę. Nie pyta o kraj pochodzenia tylko twoje plany na dzisiejszy dzień, czy zwiedziłeś to i to, poleca kilka miejsc na przyszłość. Z reguły jest nauczycielem, urzędnikiem albo kimś kto z racji swojego stanowiska może wzbudzać zaufanie. Plan dnia był mu potrzebny po to, żeby ze swojego wachlarza “sieci afiliacyjnych” wybrać coś, na co może Cię skusić. Po południu musisz przedostać się przez miasto? Weź półprywatny prom za jedyne 500% normalnej ceny. Chcesz zjeść obiad w prawdziwej, tradycyjnej restauracji? Poleci Ci swoją ulubioną, gdzie ceny dorównają tym na zachodzie Europy. Rozmawiacie nieco dłużej i nagle okazuje się, że lepiej będzie jeśli wsiądziesz w tuk-tuka bo twój następny cel jest w sumie niedaleko. Oczywiście on go zamówi, bo biały będzie miał cenę 10x wyższą, czasem nawet zapłaci za kurs z góry. Gdzie jest haczyk? 90% osób pójdzie do polecanej knajpy, przepłynie się promem, skorzysta z danego sklepu itp. Zakamuflowany musi włożyć dużo więcej pracy i wysiłku w swoje działania, ale wystarczy 1 ogolony dziennie, żeby wyrobić kilka standardowych tajskich dniówek. Kiedy zorientujesz się co jest grane, powiedz ładnie ciao bambino i odejdź w swoją Drinki od obcych/picie z miejscowymi. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, Wietnam, Laos, IndonezjaJeśli ktoś jest już na tyle odważny żeby pić z nieznajomymi albo dać sobie postawić drinka przez miejscową “dziewczynę” w barze to powinien wiedzieć, że może go to słono kosztować. Co prawda to nie Ameryka Południowa i raczej nie spotkamy się ze skopolaminą (choć jej obszar użycia ze względu na właściwości rośnie każdego roku – choćby sławetne kluby Cocomo), to i tak następnego dnia możemy się obudzić z potwornym bólem głowy i pustym portfelem. Dla płci pięknej taki wieczór może skończyć się jeszcze gorzej. Unikaj tego typu Fake/Overpriced Taxi. Miejsce najczęstszego występowania: Mjanma (Birma), Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam, Malezja, Singapur, Indonezja, FilipinyOszukane taksówki to jeden z najpopularniejszych wałków na świecie. Jesteś w obcym kraju, nie masz pojęcia jak powinna wyglądać miejscowa taksówka, jakie są ceny i nie do końca wiesz co powinno zapalić twoją lampkę ostrzegawczą. Pół biedy jeśli wzorem polskich “złotów” licznik kręci się szybciej niż powinien, gorzej jeśli licznika w ogóle nie ma. Czego unikać:łapania taxi z ulicy jeśli nie znamy języka i nie czujemy się w danym kraju jak u siebiejazdy bez licznika bez wcześniejszego uzgodnienia kwoty za przejazdjazdy w pojeździe który nie jest oznakowany, kierowca nie ma żadnego identyfikatora ani licznikazgadzania się na cenę za cały przejazd bez licznika jeśli nie wiemy ile powinien kosztować kurschyba nie myślisz, że „never mind how much you would pay” albo „you can pay whatever you like at the end of the trip” to prawda…Dobrze wiedzieć:w przypadku podróży z dziewczyną, mężczyzna powinien zawsze wsiąść pierwszyoddając bagaż taksówkarzowi, dopilnuj, żeby każda sztuka wylądowała w bagażniku, przy wysiadaniu powiedz hotelowemu boyowi ile toreb powinien dostać od kierowcywskazując kierowcy cel podróży dobrze jest to zrobić pokazując punkt docelowy w Google Maps (najlepiej z wytyczoną trasą z miejsca w którym aktualnie się znajdujemy) – po takim ruchu nie spotkałem się jeszcze z jazdą zygzakiem jakie są ceny za przejazd taksówką w danym kraju, np. Taksówki w Tajlandii – poradnikw większości sytuacji najlepiej zamawiać taxi w hotelu lub informacji turystycznejpytaj obsługi hotelu ile mniej więcej powinien kosztować przejazdjeśli taxi ma specjalne ceny (często informują o tym naklejki na szybach i drzwiach) za typowe trasy (np. na lotnisko) to warto z nich skorzystaćsam rozmieniaj pieniądze i zawsze miej przy sobie trochę drobnych; zaokrąglenia bywają bardzo Lewe sejfy hotelowe i terminale płatnicze. Miejsce najczęstszego występowania: IndonezjaBukując nawet 5* hotel w Indonezji, nasze kosztowności powinniśmy deponować w głównym hotelowym sejfie i szczególnie uważać przy płatnościach kartą kredytową. Dość luźne prawo dotyczące ochrony prywatności powoduje, że przywłaszczenia rzeczy i tożsamości (!) są tam bardzo popularne. Odradzam w ogóle kupowanie rzeczy w indonezyjskich sklepach Fałszywy policjant. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, Wietnam, Indonezja, Laos, Kambodża, FilipinyTrik stary jak świat. Przechodzimy przez ulicę, kupujemy coś ze straganu czy też karmimy miejscowe zwierzęta i nagle zaczepia nas “policjant”. Oczywiście w jego mniemaniu to co właśnie zrobiliśmy to ciężkie przestępstwo i musimy uiścić mandat na miejscu. W bardziej wyrafinowanej wersji tego numeru, kilku przechodniów (oczywiście mówiących po angielsku) potwierdzi słowa naszego oszusta. W 99% przypadków podobieństwo do prawdziwego policjanta jest raczej niskie (buty, brak broni, odznaczeń itp.), ale ten scam polega na zaskoczeniu, nieznajomości tego zjawiska w krajach zachodnich oraz naturalnego strachu przed karą. Należy zachować spokój, zabezpieczyć swoje kosztowności przed osobami postronnymi – “przechodniami”, niczego nie podpisywać, nie dawać nikomu do ręki żadnych dokumentów, nie ruszać się z miejsca i oczywiście nie płacić. Zazwyczaj pomaga głośne i stanowcze oświadczenie, że wzywamy policję/dzwonimy do ambasady. Jeśli nie, powinniśmy faktycznie tam zadzwonić (numer do policji turystycznej/ambasady powinniśmy zawsze mieć przy sobie) i czekać na prawdziwe Okradli mnie, potrzebuję pieniędzy na samolot. Miejsce najczęstszego występowania: TajlandiaNumer tak prosty, że aż skuteczny. Będąc w Azji południowo-wschodniej poza typowo turystycznymi miejscami nie uświadczymy raczej zbyt wielu białych. Wykorzystują to osoby (zwykle kobiety) które zapłakane zaczepiają nas na ulicy i opowiadają o tym jak zostały właśnie/niedawno/wczoraj okradzione a muszą jakoś dostać się na lotnisko/zapłacić za hotel/kupić bilet do domu. Błagają choćby o 1000THB i są dość przekonywujące. Oczywiście większość osób płaci, bo sama nie chciałyby się znaleźć w podobnej sytuacji. Zalecam pytanie o pieniądze z ambasady, kwitek z policji i znajomych (przecież chyba nie leciała sama taki kawał drogi). Ponoć najłatwiejszym sposobem na wyprowadzenie ich z równowagi jest pytanie dlaczego nie zastawi iPhona którego trzyma w rękach…Scam: Prawdziwy policjant, ale: lewy zarzut, lewe dowody, podstawiony kierowca tuk-tuka, dziwka etc. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, Wietnam, Indonezja, Laos, FilipinyJedno z największych świństw wśród scamu na jakie możemy się natknąć. Historia wygląda zwykle podobnie: kierowca tuk-tuka, dziwka albo majfriend proponuje nam nieco zielska/sex albo coś innego za co przewidziana jest sroga kara (w Indonezji jest to często śmierć), a co niekoniecznie jest karane w Europie. Jest impreza, wakacyjny klimat więc oczywiście się zgadzasz a parę minut później pojawia się prawdziwy policjant. Podpucha dostaje za twoją głowę 10-20PLN a ty masz teraz wielki problem. Łapówka w takimi wypadku to kilkaset do kilku tysięcy PLN, płatna na miejscu. Trzy rzeczy w tym scamie to prawdziwe kurestwo: twoja wartość dla dziwki czy taksiarza to 10-20PLN, policjant który zainscenizował całe zdarzenie oraz fakt, że jeśli nie mamy pieniędzy (przy sobie czy na koncie) to bez ogródek trafiamy do więzienia; wtedy zaczyna się dla nas prawdziwy koszmar. Zalecam trzeźwo myśleć a panienki brać ze sprawdzonych burdeli, nie z przykłady scamu z prawdziwymi policjantami to “brakujące papiery”, “nieważne prawo jazdy”, “brak ubezpieczenia” itp. (szczególnie Wietnam). Z reguły pomaga udawany telefon do ambasady, czasem 10USD. Szarpanie się nie ma sensu bo dość szybko przybiją nam coś Zawyżony rachunek w barze. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, Wietnam, Indonezja, LaosWchodzimy do restauracji i zamawiamy coś do jedzenia czy picia nie pytając o cenę. Na koniec dostajemy mocno zawyżony rachunek. Cola w Bangkoku za 30PLN? Nie zapytałeś wcześniej to płać. Generalnie ten numer zdarza się coraz rzadziej, raczej w knajpach na uboczu. W restauracjach z podwójnym menu nigdy nie proś o angielskie, zamiast tego naucz się/zrób zdjęcie napisu oznaczającego sajgonki, kurczaka Zepsuty autobus. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, Wietnam, IndonezjaNumer stary jak świat, do tej części świata przywędrował najpewniej z Ameryki Południowej. Kupujemy cało lub kilkudniową wycieczkę i nasz bus nagle psuje się na końcu świata. Naprawa trochę potrwa więc przewoźnik proponuje/nalega na nocleg w obskurnym “hotelu” za horrendalną opłatą. Należy zebrać grupę i zmusić przewoźnika do dalszej jazdy, a dalekie wycieczki kupować w miejscach które nie budzą podejrzeń i nie ma o nich złego słowa na TripAdvisorze. Ewentualnie można zapłacić za ekspresowe usprawnienie Naciągany kurs Donga, lewe pokoje w hotelu. Miejsce najczęstszego występowania: WietnamMeldując się w hotelu uzgadniacie cenę za nocleg na 100 000VND, a na rachunku końcowym widnieje 10USD. Tu i tu 10 z przodu, ale powinniśmy zapłacić 4,5$. Inny motyw to pokazanie hotelu i zaproponowanie niskiej ceny za nocleg. Po otrzymaniu kluczy okazuje się, że to cena za kanciapę z wiatrakiem, oczywiście upgrade do normalnego pokoju kosztuje krocie. Polecam przy meldowaniu się uzgodnić i zapisać cenę za pobyt oraz wyszczególnić czy w pokoju będzie klima czy nie. Wobec wszędobylskiego internetu ten rodzaj scamu jest coraz Dzisiaj zamknięte! Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, WietnamTragedia w Bangkoku, nagminny wał w tej części świata. Dowolną atrakcję turystyczną jaką chcemy zwiedzić otacza tłum miejscowych ubranych w różne uniformy, posiadających różne plakietki. Od razu informują Cię, że dziś atrakcja do której się udajesz jest zamknięta, akurat jest święto, remont, wolne itp. W Bangkoku wcisną Ci ten kit nawet tuż przed kasą biletową. Trik działa szczególnie jeśli środki komunikacji nie zatrzymują się przed główną bramą – spytasz strażnika i faktycznie otrzymasz odpowiedź “no entry”. W tym momencie nasz majfriend proponuje wycieczkę do “równie pięknego” miejsca, oczywiście powiązaną ze zwiedzaniem sklepów jego znajomych. Nie wierz w żadne informacje o zamknięciu dopóki nie padną one z ust oficjalnej kasjerki lub strażnika obiektu. Sprawdzaj godziny otwarcia w internecie. Zawsze wchodź główną Ten hostel dawno nie istnieje/został zamknięty miesiąc temu! Miejsce najczęstszego występowania: Wietnam, TajlandiaKolejny scam z serii “zamknięte”, dość często stosowany przez majfriendów i taryfiarzy. Jeśli nie zatrzymujemy się w dobrym hotelu znanej marki to możemy spotkać się z próbą naciągnięcia nas na inny obiekt. Oczywiście hostel istnieje i powinniśmy upierać się przy swoim albo zmienić taryfę. Radzę używać Google Maps, bo co sprytniejsi taksówkarze wywiozą nas na jakąś budowę żeby potwierdzić swoją Ostatni przystanek. Miejsce najczęstszego występowania: Wietnam, Indonezja, TajlandiaJeden z gorszych scamów jaki może nas spotkać. Jedziemy busem gdzieś na koniec świata albo po prostu do miejsca noclegu i nagle kierowca gasi silnik informując, że dalej nie jedzie (jest to ostatni przystanek). Wokół busa zjawia się nagle kilka osób mówiących po angielsku i potwierdzających słowa kierowcy. Oczywiście przypadkiem jesteśmy obok hostelu, który całkiem przypadkiem ma wolne miejsca. Jeśli w busie są miejscowi i nadal siedzą, powiedz raz stanowczo i krótko, że znasz ten numer i żeby sobie jaj nie robić bo chcesz już dojechać na miejsce. Zajmij swoje miejsce i czekaj. 30 miejscowych w końcu przekona kierowcę żeby ruszał. Jeśli miejscowych nie ma, miejsce jest mega odludne albo warunki nie sprzyjają, powiedz kierowcy, że wiesz OCB, i że dogadacie się we 2. Najlepiej dodatkowo używać Google Maps, bo zdarzają się przypadki “ostatniego przystanku” który znajduje się 300m od celu naszej Niezdara ze mnie, nie chciałem Pana ubrudzić. Miejsce najczęstszego występowania: Wietnam, TajlandiaCoraz bardziej popularny numer w Azji Południowo-Wschodniej, nagminny w Ameryce Łacińskiej. Ktoś wpada na nas z jedzeniem w ręku. Czy to od przodu czy od tyłu, cel zawsze jest taki sam – podczas wycierania sosu z twojej koszuli/plecaka, wraz z plamą znika zawartość kieszeni. W przypadku poplamienia natychmiast zrób krok w tył i trzymaj sprawcę na dystans. Zabezpiecz swoje otoczenie i dopiero wtedy sam pozbądź się plamy, zrób przy tym nieco hałasu żeby więcej osób patrzyło na Podarunek z bezcłowej. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, LaosW strefie bezcłowej czujemy się bezpiecznie, a więc mniej spodziewamy się scamu. Od przyjaznego Azjaty dostajemy niewielki podarunek – w zależności od państwa w środku znajdują się prochy lub inne zakazane rzeczy. Jeśli uda nam się dolecieć z tym do Europy i opuścić lotnisko, o podarek upomną się karki. Bardziej prawdopodobne jednak, że zanim wsiądziemy do samolotu upomni się o nas policja, a właściwy szmugler przemknie ze swoim towarem. Czasem proponuje się 5-10k$ łapówki (w zależności od kraju pochodzenia nieszczęśnika). Nigdy nie przyjmuj podarków od nieznajomych i zawsze patrz na swój bagaż – podrzutki także się zdarzają. Na wszystko co kupisz na bezcłowej miej Łasuch. Miejsce najczęstszego występowania: TajlandiaTrick z łasuchem jest jednym ze zmyślniejszych. Celem są osoby o przyjaznej aparycji, często pary. Podobnie jak w przypadku Zamaskowanego Majfrienda, do spotkania dochodzi gdzieś na mieście. Łasuch nie tylko niczego nie chce, po jakimś czasie to on zaprasza nas do restauracji. Deklaruje się zapłacić za posiłek, przecież jesteśmy jego gośćmi itp. Rozmawiacie sobie ochoczo i gdzieś pod koniec imprezy nasz łasuch musi skorzystać z toalety albo zadzwonić. 5 minut późnej dostajemy srogi rachunek…Scam: Gem scam. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, WietnamGem scam to numer na klejnoty. W dużym skrócie kupujemy kamienie szlachetne lub biżuterię po bardzo wysokiej lub niskiej cenie. W obu przypadkach jesteśmy robieni w bambuko. Jeśli nie znamy się na kamieniach, nie kupujmy ich na wakacjach. Okazje nie Pechowy skuter. Miejsce najczęstszego występowania: Wietnam, Tajlandia, Kambodża, LaosWypożyczamy skuter, wszak jesteśmy w Azji Południowo-Wschodniej. Biedny, bo biedny, ale przecież wszyscy tu na takich jeżdżą. Po kilku kilometrach nasz bolid rozkracza się na środku drogi. Naprawa będzie srogo kosztować, ale przecież o to chodziło. Innym numerem jest zabezpieczenie skutera do którego drugi klucz ma złodziej – kolega z wypożyczalni. Skuter znika, a my musimy odkupić nowy. Wypożyczaj pojazdy ze sprawdzonych miejsc (use Google), staraj się wybierać jak najnowszy i najmniej zniszczony sprzęt. Jeśli skuter ma widoczne uszkodzenia to koniecznie każ sobie to zapisać na protokole, żeby głupia rysa nie okazała się drogą sprawą. Jeśli wypożyczalnia chce pełnego baku przy zwrocie sprzętu, to zajrzyj czy przypadkiem nie jest on prawie pusty. Nigdy nie zostawiaj paszportu jako dokumentu Podróbki. Miejsce najczęstszego występowania: Tajlandia, Wietnam, Kambodża, LaosPodróbki w tej części świata to to raczej nie scam, ale napiszę o nich dla zasady. Jak pisałem tutaj, nie ma problemu z dostaniem dowolnego modelu torebki, paska czy portfela znanej marki. Chyba tylko idiota wierzy, że te produkty mają cokolwiek wspólnego z oryginałem… Choć z drugiej wystarczy stanąć przy pierwszym lepszym straganie i posłuchać tych wszystkich pytań, aby przekonać się, że idiotów nie brakuje. Podróbki dzielą się na te najbardziej tandetne (których nie wziąłbym nawet za dopłatą), te ze średniej półki (coś à la polski bazar) oraz te o jakości lepszej od oryginału. Targuj się jak szalony i nie wydawaj więcej niż 30% ceny oryginału na podróbkę bardzo dobrej Loteria. Miejsce najczęstszego występowania: MalezjaNa ten numer dadzą się nabrać chyba tylko najbardziej naiwni, ale wiem, że dobry oszust potrafi nieźle namieszać w głowie. Numer z loterią jest następujący: dostajemy, “znajdujemy” zdrapkę z loterii. Skrobiemy sreberko i okazuje się, że wygraliśmy główną nagrodę (seriously?). Aby ją odebrać należy jedynie wpłacić pewną sumę pieniędzy… Nie wierz w Wymiana Pieniędzy. Miejsce najczęstszego występowania: IndonezjaCytując jednego z fanów tego bloga:Wymiana kasy w Indonezji, na Bali. Kuszący kurs, 5% lepszy niż gdzie indziej. Za 100 $ dostaje się reklamówkę pieniędzy w małych nominałach, które dwóch panów skrupulatnie przelicza, dzieli na kupki i wyraźnie pokazuje, że wszystko się zgadza. Potem proszą byś sprawdził, dalej wszystko ok. Są tak mili, że znów biorą zwitki banknotów z twoich rąk by je np. przewiązać gumką. Jeśli przeliczysz je jeszcze raz to brakuje 10-15%. Ale większość ludzi już tego nie sprawdza, odchodzą zadowoleni, że zrobili dobry biznes w miłej to stary numer, pokazany choćby w filmie „Sztos”. Nie wymieniaj banknotów poza kantorem/bankiem i zawsze przeliczaj zrobić kiedy już damy się nabrać na któryś z numerów naciągaczy? W większości przypadków niewiele. Jeśli straciliśmy sporą kwotę lub coś więcej niż pieniądze, możemy zgłosić swoją stratę policji turystycznej/zwykłej. Szansa na odzyskanie czegokolwiek rośnie wraz ze stopniem ucywilizowania kraju, ale na cuda nie licz. Zachowaj trzeźwy umysł i nie ufaj ludziom którzy sami Cię zaczepią. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego poradnika choć jedna osoba uniknie strat materialnych. W części drugiej postaram się opisać najpopularniejsze metody scamu w dowolny przycisk poniżej motywujesz mnie do dalszej pracy:
jezioro w poludniowo wschodniej afryce