Nie zdobyłbym się na wypowiedź w interesującej dyskusji na temat "To nie jest kraj dla starych ludzi" gdyby nie manifest pt. "Starość jest piękna" autorstwa Esther Vilar ("Gazeta" 22-23.11). Podziwiam za bardzo pozytywną energię, budujące słowo i motywację do działania. Niby banalne, ale w praktyce ciężkie do realizacji. Jestem w miejscu, w którym czuję pustkę. Nie wiem czy to jesienna chandra czy buzujące hormony, ale przedstawiony plan działania klaruje pewną ścieżkę działania, która ułatwia podejście do zmian. Polaku, nie dopuść do tego! Jasny i mocny przekaz nie tylko dla kobiet, ale dla wszystkich Polaków. Lotek i Rutek prezentują, jak wygląda "Rozmowa w TVP" Niby satyra, ale jak bardzo prawdziwa Kobieto, lepiej idź na wybory Mocny spot przygotowany przez Łódzkie Dziewuchy Dziewuchom w kampanii społecznej mającej zachęcić kobiety do Siedzą naprzeciw siebie. Kochanka wyciąga rękę i gładzi go po grzbiecie dłoni. Znowu te publicznie okazywane czułostki, jak gdyby byli nastolatkami, a przecież są dorośli, a w dodatku od Jednak nawet tam ich dominacja jest widoczna. Z jednej strony pozycja żywiciela rodziny może wydawać się przywilejem samorealizacji. Ale co, jeśli nagle mężczyzna nie będzie w stanie pełnić tej roli, co, jeśli zawiedzie na rynku pracy, co, jeśli jego firma zbankrutuje, co, jeśli będzie w jakikolwiek sposób niezdolny do pracy? penghitungan harga jual produk kerajinan untuk pasar lokal. Witam! Mam na imię Ewa. Mam 25 lat. Źle się czuję. Aczkolwiek wydaje mi się, iż zawsze miałam depresyjne skłonności, to wynikały one chyba raczej z mojego słabego charakteru, którego nie potrafię zmienić. Jestem nieśmiałą osobą, chociaż moi znajomi postrzegają mnie zupełnie inaczej. Ale ciągle się boję wyjść do ludzi, z nieznajomymi absolutnie nie umiem porozmawiać. Stresują mnie w ogóle nowe sytuacje, stresuje mnie to, że ludzie mnie oceniają. Ja sama chyba oceniam innych krytycznie. Tak więc wydaje mi się, że inni też to robią w stosunku do mnie. Nie umiem sobie poradzić z krytyką mojej osoby. Przez tę moją spaczoną osobowość nic nie osiągnęłam. Pierwsze lata studiów przespałam – i to zarówno dosłownie, jak i w przenośni. To znaczy dobijała mnie ta bezczynność, ale nie miałam odwagi i siły, by ową bezczynność zmienić. Wszystkim wmówiłam, że jestem po prostu strasznie leniwa i na pewno w większej części jest to prawda. Lepiej się czuję, gdy mam coś do zrobienia, ale gdy nie mam, nie potrafię się zmobilizować, żeby coś zrobić. Ech, dziś jest tak samo – jutro zaczynam pracę i zamiast jakoś się przygotować, siedzę w domu i piszę te wywody. Generalnie rzecz biorąc, nie wydawało mi się nigdy, żeby to była jakaś depresja. Wyjechałam na rok z kraju i wszystko było super. Niestety podejrzewam, iż dlatego, iż po prostu miałam się z kim napić. Nie wiem, czy jestem alkoholiczką, ale rzeczywiście zauważyłam, że od samego początku jak zaczęłam pić alkohol, to bardzo szybko picie samo w sobie stało się dla mnie celem. Bo oczywiście lepiej się czułam, lepiej mogłam się ze wszystkimi dogadać. Te spotkania ze znajomymi cieszyły mnie, ale chyba tylko dlatego, że miałam co robić, miałam się z kim napić. Trochę się to zmienia, od kiedy uświadomiłam sobie ten problem i myślę, że z tym jestem jeszcze sobie w stanie poradzić. Ale co najbardziej mnie dziś szokuje, to fakt, iż podczas mojej prawie rocznej nieobecności w Polsce nie tęskniłam za nikim. Mam dobrych znajomych. Ale nie potrafię już zbudować relacji przyjaźni z ludźmi. Absolutnie nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale na nikim mi nie zależy. Od roku jest coraz gorzej. Zawsze lubiłam chociażby oglądać filmy, czytać książki – ale wszelkie aktywności przestały sprawiać mi przyjemność. Nic mnie nie cieszy tak, jak kiedyś. To się zaczęło chyba od strasznie smutnej historii z chłopakiem, która zresztą cały czas mnie męczy. Ja nie miałam nigdy nikogo – zawsze byłam raczej w kimś nieszczęśliwie zakochana. Nie wiem, dlaczego tak jest, tworzę sobie miliony wytłumaczeń, ale żadne nie tłumaczy wszystkiego do końca, bo jestem ładna, dowcipna i inteligentna, ale nie trafiłam na nikogo. W tym obecnym nie jestem zakochana, nie pozwalam sobie na to, bo wiem, że to nie ma sensu, bo jemu nie zależy na nikim innym tylko na sobie, a już na pewno nie na mnie i boli mnie to. Rok temu zaproponował, żebyśmy spróbowali być razem – zgodziłam się. Niedługo potem zakomunikował mi, że się rozmyślił. Pierwszy raz byłam tak blisko tego i znowu nic nie wyszło. Najgorsze jest to, że cały czas nie mogę dać sobie z nim spokoju. Biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenie, nie mam już po prostu nadziei, że może być lepiej. Chciałabym mieć taką potrzebę, po prostu, żeby było mi lepiej. Od miesiąca płaczę bardzo często, kiedyś nie płakałam wcale. Ale teraz, jak sobie pomyślę o sobie, to płaczę. To, że nie mam na nic siły, jest już całkowicie normalnie. Ale zmienia mi się charakter, jestem bardziej drażliwa, szybciej się denerwuję. Wcześniej to było bardziej cykliczne – 2 tygodnie doła – 2 tygodnie dobrego humoru. Teraz nie mam już tego okresu dobrego humoru. I na koniec, jeśli chodzi o myśli samobójcze, to mam je już od dawna. Od 16 roku życia. To była taka moja ucieczka, że zawsze mogę skończyć wszystkie moje problemy w ten sposób. Teraz mam już tak dość siebie, tego ciągłego marazmu i tego durnego „zakochania – niezakochania”, iż naprawdę najprostszym rozwiązaniem na pozbycie się bólu wydaje się samobójstwo. Nie wydaje mi się, żebym to zrobiła, ale samo myślenie o tym mnie męczy. Co mam zrobić? Od czego zacząć się zmieniać? Czy można samemu poradzić sobie ze swoim charakterem, bo wolałabym ominąć na razie wizytę u psychologa? Czy da się coś zmienić Zastanawiam się czy da się coś w moim małżeństwie razem 12 lat a małżeństwem 3 2,5 letnią dłuższego czasu dociera do mnie że tak naprawdę to tak jakbym nie miała bliskiej na wychowawczy bo babcia nie umiała wogule się zająć mi co to za życie jak codziennie wieczorem gdy mała juz spi mój mąz siedzi na laptopie i na nk gra w grę lub czyta jakieś głupoty na siedzi do 11 potem idzie nie umiemy ze sobą ja do niego mówię to on gra a jak zapytam co mówiłam to on że cos czytał i nie jest uzaleźniony od komp bo jak wróci z pracy to nie siada do niego w wekend też aby chociarz jeden wieczur w tygodniu nie siedział na laptopie to że ja tez siedzę a on mam robic gdy mój maz jak nie gra w Fifę to gra na mi przykro,ponieważ nie umiemy wogule ze soba że mojego męza nie obchodzi co ja wekend gdy jesteśmy razem i gdy zaczynam rozmowe to on złosci się na mnie,że tłumaczyć nie umiem,że za głosno cos planujemy waznego to on nic nie wie,czeka ąz ktos za niego pomysli i zrobi np ma 33 lata a zachowuje sie jak małe sexu nigdy nie dochodzę i zawsze sex sprawiał mi na początku ból to mój mąż na każdą moja propozycję zmiany pozycji złości się bo jemu jest tym woli sie dotykać bo skoro tylko dochodzę przez dotyk to dla niego jest mniej moje uczucia? Nie ma,nie ważne co ja jest moja wina bo niby ja krzyczę choc specjalnie staram sie ciszej sama myśl o sexie z nim odechciewa mi się,nawet zmusić sie nie umiem jak patrzę jak wkółko to samo zero kompromisu,normalnie rozmów ale on przytula mnie mówi ze mnie kocha i ze ma najładniejsza nie odzywam sie przez pare dni to on stara się abym nie była smutna a za pare dni to ze tatą jest wspaniałym kocha córkę jak coś chcę np do jedzenia to pojedzie,tylko co zrobic aby zaczął ze mna zormalnie się ale jemu jest tak poradni nie pójdzie bo mówi ze ubzdurałam sobie to wogule nie widzi problemu. Czy nie moge zmienić wyznania? Dlaczego nie mam prawa zmienic potrzeby duchowe,chce praktykowac swoją religie,lecz mój mąż mi kategorycznie zabrania pod grozbą wyrzucenia z mnie kocha,ale nie daje mi sie mi wszystkiego,nie moge sie w życiu w niczym realizowac,chce skończyc jeszcze szkołe,kurs prawa jazdy,lecz to zajmowac sie domem tylko i wyłacznie,żadnych koleżanek,odpoczynku dla mnie i dzieci podczas religii i jakiej kolwiek zmianie nie chce słyszec,zaraz krzyczy i mi sie rozwijac duchowo w organizacji Świadków Jehowy,bo znam tą religie i tych ludzi od czuje sie jak zaszczuty pies,zero odpoczynku od codziennosci,jestem wyczerpana i można mi pomóc? Od Nowego Roku minął już prawie miesiąc, wiele osób zrobiło postanowienia – część pozostała tylko w notesie, część może udaje się jeszcze siłą rozpędu utrzymać. Z internetu dosłownie wylewają się porady, triki, metody, sposoby, mniej lub bardziej złote recepty na to, jak się zmienić. W każdym obszarze – odżywania, finansów, relacji, rozwoju osobistego, nawyków, uprawiania sportu – znajdziemy ekspertów, którzy powiedzą nam co i jak robić, żeby było lepiej. Obietnica jest wspaniała, nowa wizja siebie, lepszego siebie, lepszego życia, egzystencji w niezachwianej szczęśliwości. Z sukcesem, koniecznie z sukcesem. Czytamy te porady, budując świetlaną wizję przyszłości, uzbrajamy się w niezawodne techniki, czasem wydając przy okazji niemałe pieniądze i czekamy na efekty. Te, niestety, nie zawsze chcą przyjść. Obiecana zmiana nie nadchodzi. W zależności od osobowości, albo psioczymy na „eksperta” (i szukamy dalej lepszych sposobów) albo chowamy się w poczuciu, że „nawet do tego się nie nadaję”, „nic mi jak zwykle nie wychodzi” czy “jestem leniem”. „Dobrymi radami” częstuje nas też otoczenie, mówiąc, że „po prostu musisz zrobić to”, „rób mniej tego”, „rób więcej tamtego”, i tak dalej. Frustracja narasta. Czasem rzeczywiście jedyne, czego nam potrzeba, to dobra technika czy odrobinę więcej samodyscypliny. Zazwyczaj jednak doskonale wiemy co „powinniśmy” robić a czego nie, jaki sposób zastosować, ale jest to nadal trudne. Powodów, dla których zmiana jest trudna może być wiele i wykraczają poza „lenistwo” czy brak narzędzi. Warto rozważyć różne aspekty i lepiej zrozumieć złożoność wprowadzania zmian. Z jakiego powodu chcesz coś zmienić? Jest kilka możliwości: 1. stare przestaje się sprawdzać i widać, że coś nie działa, 2. jakieś przyczyny (okoliczności, choroby, problemy, relacje) stawiają przed potrzebą zmiany, 3. czujemy „potrzebę zmiany” wewnętrznie, coś nas gniecie, pcha, jakby coś dojrzało, 4. jakaś wewnętrzna część nas ma „pomysł” na zmianę i chce ją na siłę forsować nie uwzględniając innych aspektów (na przykład Wewnętrzny Krytyk oczekuje, że będziemy idealni albo mamy przekonanie, że szczęście da nam coś, co zupełnie nie leży w naszej naturze), 5. słuchamy innych (bliskich, rodziców, media, ekspertów, społecznych przekonań, mody), nie słuchając i nie uwzględniając siebie. Punkty 1-3: można przejść dalej, zmiana jest potrzebna, trzeba się skupić na tym jak to zrobić i co może stać na przeszkodzie. Punkt 4 i 5: nasza motywacja potrzebuje rewizji i szczerego zastanowienia się czemu ma służyć ta zmiana. Chcę robić doktorat, bo temat mnie fascynuje, bo spełniam się jako badacz czy dlatego, że czuję, że moi rodzice tego oczekują albo dlatego, że mam nadzieję, że w końcu mnie docenią? Chcę medytować, bo mam wewnętrzne poczucie, że to coś dobrego dla mnie czy dlatego, że wszędzie piszą, że to „dobre lekarstwo na wszystko”? Chcę schudnąć, bo wtedy lepiej mi się funkcjonuje czy dlatego, że nie mogę patrzeć na siebie w lustrze…? Odpowiedzi na te pytania rzadko są od razu jasne i jednoznaczne, często motywacje są złożone, ale bez dotarcia do ich istoty może być trudno o zdrową zmianę. Kto we mnie chce zmiany? Zacznijmy od tego, że nie jesteśmy psychicznie jednorodnym bytem. Każdy z nas zna poczucie tzw konfliktu wewnętrznego – z jednej strony chcę/czuję jedno, z drugiej – coś zupełnie innego. To naturalne. Nasza osobowość składa się z sub-osobowości, różnych aspektów naszej psychiki, które są ze sobą na wzajem w różnych relacjach. Zazwyczaj jest też tak, że jedne lubimy bardziej niż inne, jedne bardziej dostrzegamy, a inne wypychamy na margines. Dlatego rzadko też i chęć zmiany w nas jest jednorodna. Sprzeczne motywacje, wizje, chęci mogą blokować działanie. Jeśli zmiany jednogłośnie chcą wszystkie aspekty naszej osobowości, to raczej ze zmianą nie ma problemu (albo problem jest natury czysto praktycznej, zewnętrznej czy obiektywnej). Przydatne są następujące pytania: 1. Kto we mnie chce zmiany? Dlaczego ta część chce zmiany (motywacja)? 2. Jakie inne części mnie są zaangażowane w tę sytuację? Jakie są między nimi relacje? Dlaczego tak komplikować? Krótka odpowiedź brzmi – jeśli nie weźmiesz pod uwagę wszystkich części siebie, to te nie uznane i niezauważone będą skutecznie sabotować Twoje wysiłki. Przez chwilę może i uda się zarządzać żelazną ręką (tzw. siłą woli, źle pojmowaną dyscypliną czy sztuczkami i technikami), ale prędzej czy później wybuchnie Ci to wszystko w twarz. Często porównuję to do trzymania naciągniętej gumki – jak jesteś w dobrej formie i masz dużo energii, to możesz ją sobie potrzymać i jeszcze robić inne rzeczy. Prędzej czy później gumka pęknie albo trzymanie jej przestanie być już zabawne i mimo szczerych chęci, stan wyjściowy wróci. Energię tę lepiej zainwestować w przyjrzenie się temu, co jest prawdziwą przyczyną trudności, choć czasem wymaga to odwagi lub/i czasu. Na przykład moja ambitna część chce realizować jakiś projekt, ale istnieje inna część, która potrzebuje odpoczynku i zajmowania się pasjami. Dodatkowo obawia się popadnięcia w pracoholizm, bo ma takie doświadczenia i zna takie wzorce z najbliższego otoczenia. Nie jest jednak brana pod uwagę, mam jej niewielką świadomość, więc jest słusznie zaniepokojona, że na nią i jej potrzeby nie będzie już miejsca, dlatego zaczyna sabotować wszelkie działania. Na zewnątrz wygląda to tak, że im bardziej ją odpycham i staram się siłą woli zabierać za pracę, tym bardziej „nie chce mi się” i odwlekam. Rozwiązanie ma szansę pojawić się dopiero wtedy gdy punkty widzenia i potrzeby obu „stron” zostaną wysłuchane i uwzględnione. Zmiana zarządzana przez Krytyka to zły pomysł Zmianę może wymuszać też Wewnętrzny Krytyk, dając złudną nadzieję, że przestanie męczyć i dręczyć, jeśli tylko jego oczekiwania zostaną spełnione. Nie dajmy się wpuścić w taki kanał. Wysokie wymagania napędzają jeszcze większe wymagania. Gdy w końcu uda się zrobić to, do czego zmusza Krytyk, pochwała starcza na bardzo krótko. Po chwili znów trzeba pracować na jego akceptację. To gonitwa bez końca, ściganie uciekającego horyzontu. Jeśli zmiana ma być tylko zaspokajaniem Krytyka, to serio, naprawdę nie warto – lepiej zająć się samym Krytykiem. Można wtedy odkryć co jest z jego strony tylko złośliwym wyżywaniem się, a co nawet sensownymi postulatami wyrażanymi w głupi sposób. Wtedy robi się przestrzeń na zmianę. Wbrew treningowi, przez który w szkole przeszła większość z nas – krytyczna postawa nie wspiera ani procesu nauki ani procesu zmiany. Krytyk zazwyczaj gra pierwsze skrzypce przy tematach związanych ze zdrowiem, wyglądem, odchudzaniem się, a także często przy „ambicjonalnych” projektach. Wyciągnięcie na światło dzienne, przyjrzenie się i wysłuchanie argumentów wszystkich stron pozwala zrobić miejsce na znalezienie twórczych rozwiązań. To rodzaj wewnętrznych negocjacji, w których z taką samą uwagą i szacunkiem traktuje się wszystkie strony. Już samo takie podejście jest ogromnym procesem rozwojowym, ponieważ w naturalny sposób mamy tendencję do lubienia pewnych aspektów siebie i odpychania innych, tych, które wydają się głupie, niepotrzebne albo utrudniające życie. Podobnie jak w relacjach z innymi ludźmi – jeśli czujemy się wysłuchani, zobaczeni, uznani w całości z naszymi potrzebami, to od razu jest więcej przestrzeni na dochodzenie do rozwiązań. Rozmowy na temat zmiany nie mogą obyć się (przynajmniej u „procesowca”) bez rozważenia dodatkowo tego, czym jest tzw. próg. Próg jest psychologiczną barierą, która utrudnia przedostanie się z tego co znane (status quo) do tego, co nowe (gdy zajdzie już zmiana). Jak go rozpoznać, czym się przejawia i co zrobić, żeby go pokonać – w drugiej części artykułu, już wkrótce. Jeśli nie chcesz przegapić drugiej części, ani w ogóle niczego związanego z tą stroną i moimi działaniami, zapisz się do newslettera i polub moją stronę na facebook’u. Dla wszystkich kobiet liczących na to, że po oświadczynach, ślubie czy dziecku on się dla ciebie zmieni. Na weekend wyjechałem z Wrocławia i zrobiłem sobie mały detoks od social mediów. Często tak robię jak wracam do rodziców na kilka dni. Nie wynika to z jakiegoś konkretnego planu, po prostu pracuję na sprzęcie stacjonarnym i nie zabieram ze sobą wszystkich zakładek, programów pocztowych i zalogowanych serwisów, a na innych komputerach często nie chce mi się tego od nowa robić. Potem, gdy już wrócę, zawsze czeka na mnie kupka spraw do załatwienia i człowiekowi ciężko jest się zabrać do roboty, zwłaszcza, że to poniedziałek. Wśród tej kupki spraw, są zawsze maile od was, w których zasypujecie mnie pytaniami o facetów. Zanim człowiek na nie odpowie, mijają ze dwie-trzy godziny (w weekendy piszecie jakoś częściej) i już dzień jest trochę nie po kolei. No ale nie narzekam, bo często dostarczacie mi tematów na wpisy. Ten dzisiejszy jest właśnie taki. W gruncie rzeczy nie powinienem nawet go pisać, bo niemal to samo i niemal o tym samym pisałem już ostatnio w tekście o Potencjale faceta, ale jak widać w miarę łagodne słowa nie wystarczą, by was przekonać. Czytają mnie głównie młode kobiety – i w tym wypadku dobrze, bo jest szansa wpoić wam coś raz na zawsze, tak byście nie popełniły żadnej głupoty jak już dorośniecie. Otóż napisała do mnie istotka, która między innymi zastanawia się nad tym, czy dziecko to dobry sposób na polepszenie stosunków ze swoim facetem, bo teraz on tak jakoś słabo się stara a podobno przy dziecku faceci się zmieniają. Jeśli czytając poprzednie zdanie nie zrobiłaś facepalma przynajmniej raz, to teraz zamień się w słuch. Żaden facet na tej ziemi nigdy w życiu nie zmieni się na stałe dla kobiety. Żaden. Ani jeden gość nie zrobi nic by się zmienić dla ciebie, choćbyś próbowała wszystkiego, choćbyś dzień zaczynała od lodzika a kończyła w pupę, choćbyś wyglądała jak Megan Fox albo Penelope Cruz, choćbyś miała więcej pieniędzy niż jest ziaren na pustyni to on i tak dla ciebie się na dłużej nie zmieni. Chwilowo, tak. Dla pozoru, tak. Ale prawdziwie, tak już do końca świata, nigdy. Faceci, zresztą pewnie kobiety również, zmieniają się tylko wtedy, kiedy sami tego chcą, kiedy sami czują potrzebę się zmienić. Jasne, może się zdarzyć, że kobieta im pomoże to zrobić, ale to zawsze jest decyzja faceta. Dlatego zapamiętaj sobie raz na zawsze, jeśli on jest teraz do dupy, to nic się nie zmieni jeśli urodzisz mu dziecko. On dalej dla ciebie będzie do dupy. Jeśli kochasz swojego faceta, ale nie potrafisz się z nim dogadać, to żadna magia na świecie nie sprawi, że zaczniesz się z nim dogadywać tylko dlatego, że weźmiecie ślub, albo on ci się oświadczy. Jeśli jest jakieś prawdopodobieństwo zmiany, to tylko w drugą stronę – po oświadczynach, po ślubie on sobie odpuści, bo będzie cie już miał. Nie łudź się, że w twoim wypadku będzie inaczej, bo nie będzie. A gdyby każdy jeden z waszych facetów dowiedział się, że chcecie ich złapać na dziecko/ślub/etc. to podziękowałby wam, nawet nie fatygując się was poinformować. Bo z kurewstwa i chamstwa nie da się zbudować romantycznego i miłosnego związku, a kurewstwem i chamstwem w stosunku do ukochanej osoby jest łapanie jej na dziecko.

mozna zmienic kobiete ale to nic nie zmieni